06 września 2015

Rent a car and get lost.... ale... że w Turcji?!

Kto by pomyślał, że wybór wakacji może być taki trudny. Albo to jednak my jesteśmy nieogarnięci. Jednak stało się, wakacje wybrane w kilka sekund, ilość hoteli nas zmiażdżyła, 10minut na zapłatę, wylot 3/4 dni później.
Turcjaaaaaaaaaaaa, ciepełko! 46 stopni to max jaki mieliśmy w trakcie wyjazdu, słoneczko prażyło w najlepsze, cola, drinki, jedzonko. mmmm, wakacje! :D
Trochę czasu minęło od momentu kiedy na tym blogu pojawiły się "bycze wakacje" czyli nic dodać nic ująć, prażysz się na słoneczku i szczerzysz do nieba! Idziesz sobie po fryteczki na obiad i spotykasz koleżankę z gimnazjum! To dopiero była niespodzianka :)


Niestety biuro podróży odwołało naszą wycieczkę - kanion przygód - ponieważ było za mało chętnych, więc ogarnęliśmy sami...odrobinę. Wypożyczyliśmy jeepa na jedną dobę i pojechaliśmy do Alanyi. Trochę nam się pobłądziło, znalezienie miejsca parkingowego graniczyło z cudem... Dlatego na początek udaliśmy się do jaskini DIM - polecam, jeśli nie samą jaskinię, to motyw dojeżdżania tam jest piorunujący! Nie wiem tylko jak te busiki tam jeżdżą. 
W Alanyi konieczne podobno jest zwiedzenie zamku. Dzielnie stwierdziliśmy, że na górę dotrzemy sami i podziękowaliśmy za taksówkę. Drogowskazów szybko zabrakło, drogi normalnej nie było, ludzi też nie, ale szliśmy dalej - byle w górę. Przechodziliśmy obok małych domków - ruin na skałach, słyszeliśmy kury, koguty... mostki drżały nam pod nogami a kamienie wbijały się w podeszwy. W pewnym momencie doszliśmy do muru, ścieżki dalej brak. No i co teraz? Pojawił się nagle mały chłopczyk wskazując palcem trasę.... Może miał z 5lat? Troszeczkę creepy. Na szczęście pojawił się minimalnie starszy i znając słowo "castle" wyprowadził nas na dróżkę. Dalej próbowaliśmy się wdrapać, czekaliśmy na super widoki z każdej strony o których wszyscy mówili. Nie mówię, że nie, ale miałam już totalnie dosyć w którymś momencie... Oddechu brakuje, butelki zimnej wody się skończyły, słońce praży, pocą się nawet piszczele :p Dotarliśmy jednak na samą górę, zrobiliśmy zdjęcia (nie, nie nadają się do publikacji po tej wspinaczce), wypiliśmy colę. Skoro weszliśmy, to zejdziemy też o własnych siłach! Ale już ulicą:) Jak tylko zeszliśmy pożegnaliśmy Alanyię i wróciliśmy. Tak oto w skrócie, jak nie patrzeć na znaki w Turcji i kierować się intuicją, albo wspomóc mapą.

Side bardzo przypomina Grecję, z resztą ma jej pewne cząstki.
Tak samo jak Alanya jest najbardziej "europejską" częścią, bo tam turyści dotarli najszybciej.

Chociaż nie powiem, w hotelu dogadać się po angielsku to był spory problem. Czasem ktoś w recepcji, a najlepiej to i tak było się porozumieć z boyem hotelowym, imię? "BURAK":D 
A na targach, nie wiedzieć czemu, wszyscy krzyczą po Niemiecku. WSZYSCY.


selfie stick to wspaniały prezent od siostry, dostałam tuż przed wyjazdem i zawdzięczam mu naprawdę fajne ujęcia :) z Kingą!
 murzynki na drineczki.
^^
 Antyczne Side, spacerek w południe!
Z dojazdem problemu nie było, co chwile (5/7min) jeździły autobusy=dolmusze spod hotelu. Całe jedno ojro za osobę :)


 teraz żeby w Turcji odnaleźć prawdziwie Tureckie wyroby najlepiej się zapytać rezydentów, albo znajomych którzy w Turcji byli. Polecam, bo niestety sporo rzeczy to już chinole :( a o podróbach z "made in Turkey" co są trwalsze niż markowe... meeeeeh. Nie widziałam.

 Idziesz, idziesz, patrzysz na widoczki, nagle BUM!
 Tuż za antycznym Side, za targami, obok restauracji. Mały pensjonacik z takim widokiem! Oszaleliśmy na jego punkcie.

zdecydowanie trzeba było zabrać ze sobą ręczniki.!

 troszeczkę wiało jak byliśmy.... i tak, ten parasol z dołu, znalazł się na górze.


 :)
 plaża niestety 800m metrów od hotelu, dlatego był i busik który kursował w wyznaczonych godzinach. Wracaliśmy pieszo ale tak generalnie to raczej nie polecam spacerku w japonkach ;)


 i tak oto w drodze powrotnej idzie się przez dziką plantację arbuzów. Tak, ARBUZÓW. (klik na zdjęcie)
 nasze cudeńko :D



 w drodze do jaskini DIM
 widoczki mniam mniam :3
 plaża tuż przy samej Alanyi, gdzie wchodziło się przez ruiny
 w tym miejscu, po lewej stronie był dom z kurami, po prawej była chatka, a za nami dziura zasłonięta jakąś dechą. za to widok.... marzeni. a to dopiero była połowa trasy. 
 to ten mały berbeć.....
 z okazji jakiegoś festiwalu, w Turcji można było zdobyć colę w różnych kolorach: niebieską, zielonkawą, fioletową, różową, pomarańczową :D

gdyby ktoś był zainteresowany, to ta chata na sprzedaż! Chociaż wolałabym autko. 
 ^^
ostatni wieczór w Side spędziliśmy na tych pufach z shishą jabłkową... mmm
bye bye

Brak komentarzy: